Archive for the ‘Projekt: muzyka’ Category

Trzęsienie ziemi

Posted: Luty 3, 2015 in Projekt: muzyka

Było. I wciągnęło mnie na paręnaście miesięcy. Ale żyję i działam dalej. Popatrzyłem na ostatni wpis i mocno mnie zaskoczyło, ile się wydarzyło w ciągu roku. Postaram się to jakoś nadrobić – będę opisywać po kawałku rzeczy, które się zmieniły. Najchętniej przy okazji jakichś powiązanych wydarzeń. Ale może się też okazać, że napiszę jednego krowiastego posta z opisem dokonań z zeszłego roku. Najważniejsze, żebym nie przestawał pisać, bo za rok się okaże, że znowu milion rzeczy umknęło. Peace!

Banda nierobów

Posted: Październik 23, 2013 in Projekt: muzyka

Jedziemy do Warszawy. Wyjeżdżamy pewnie koło 16tej albo 17tej. W czwartek będziemy siedzieć w studio i pracować nad aranżem kawałków. Pewnie w 2-3 będzie więcej roboty, 4 powinny pójść gładziutko, a do 2 nie mamy żadnych uwag. Czyli to już ostatnia prosta. Teraz trzeba tylko:

1. Ustalić kolejność. Bo to ważne, żeby płyty słuchało się dobrze i gładko od początku do końca, powinna prowadzić słuchającego za rękę, czasami lekkim muśnięciem w ramię sugerując kierunek, a czasami ciągnąc go siłą w określoną stronę. Najważniejsze: ani przez chwilę płyta nie powinna zostawiać słuchacza bez kontaktu. Może kiedyś uda się coś takiego osiągnąć w stu procentach? Bardzo niewiele płyt na świecie zabiera w podróż od pierwszego do ostatniego dźwięku.

2. Zrobić okładkę i ustalić tytuł płyty. Zarys pomysłu na okładkę już jest, ale może się nie przyjąć. Chcielibyśmy wykorzystać jako motyw wiodący część któregoś z obrazów  Jerzego Stachury, czyli ojca Krzysztofa. Może się nie przyjąć, bo robienie okładki to też proces twórczy, zwłaszcza w przypadku Maxa Białystoka (pozdrowienia!), który będzie się tym zajmował. Musi poczuć płytę i poczuć obraz, połączyć to w całość. Oczywiście, zanim powstanie pełna okładka, trzeba napisać jej treść, nie zapominając o niczym. Najważniejszą częścią tekstu na okładkę jest tytuł płyty. Poprzedni przyszedł do głowy sam, czekam i mam nadzieję, że z tą będzie podobnie.

Może to na okładkę? „Tryptyk Miejski Lewy”, Jerzy Stachura. Po kliknięciu przejdziesz do galerii, polecam!

3. Zarejestrować utwory w ZAiKSie i Sto Arcie. Bo chcemy. Żeby to zrobić, utwory już musza mieć zamknięte ostatecznie formy, a następnie należy je przesłać do Pana Jarogniewa, specjalisty od zapisywania utworów w nutach w formie akceptowanej przez ZAiKS, który jest chyba monopolistą na trójmiejskim rynku. Potem trzeba to wszystko wydrukować, podpisać osiemset razy, podparafować, wsadzić w kopertę i wysłać. Po kilku miesiącach może się okazać, że zapis nie będzie odpowiadać rzeczoznawcy, który usłyszy tam coś innego i wyśle utwór do korekty.

4. Zorganizować mastering. Ważne, żeby to był ktoś inny niż osoba, która robi miks. W ten sposób, na każdym etapie produkcji materiał staje się o coś bogatszy, bo najpierw zespół chce coś usłyszeć, później realizator/producent wyciąga z tego to, co on chce usłyszeć, a na końcu jeszcze co innego podkreśla spec od masteringu. Jeżeli wszystkimi etapami produkcji zajmuje się jedna osoba – całość brzmi płasko.

5. Ustalić datę premiery. W tym przypadku będziemy trochę strzelać, bo nie wiadomo, kiedy płyta wróci z tłoczni. I trzymać kciuki, że nie będzie błędów 🙂 Premierę trzeba oczywiście zorganizować od każdej strony, czyli technicznej, lokalowej, promocyjnej, sprzętowej itd.

6. Zająć się produkcją gadżetów, koszulek, przypinek i innych rzeczy. Może nie będziemy tego robić osobiście, ale osobiście musimy dopilnować, żeby wszystko zostało wykonane na czas i w odpowiedniej jakości oraz za odpowiednie pieniądze. Nie zapominajmy, że gadżety trzeba też opatrzyć jakimś graficznym wzorem, który trzeba opracować i przygotować do druku.

7. Gdzieś pomiędzy poprzednimi punktami trzeba wypuścić singla i rozesłać go do stacji radiowych, blogów, czasopism – wszędzie gdzie się da. Jak dobrze pójdzie, to uda się go puścić w mediach przed premierą. A jak się nie uda, to znaczy, że nikomu się singiel nie spodoba i będziemy go słuchać sami 🙂

8. Teledysk. W zasadzie razem z punktem siódmym, ale to zupełnie inna para praca.  Musi być. A zanim powstanie trzeba mieć:

8a/ pomysł

8b/ scenariusz i scenopis

8c/ aktorów (o ile będzie taka potrzeba)

8d/ oczywiście znaleźć reżysera, operatorów, sprzęt. Może uda się to wszystko połączyć w jednej osobie, ale jak znam świat – nie .

8e/ lokalizację/e do zdjęć

8f/montażystę

8g/ i jeszcze pięćset rzeczy, o których nie da się wiedzieć, przed rozpoczęciem pracy oraz tych, o których teraz zapomniałem

9. Podziękować wszystkim wspierającym z platformy crowdfundingowej, na której zbieraliśmy środki oraz przesłać im upominki. Brzmi tak lekko i banalnie, ale chyba tylko w porównaniu z ilością pracy przy punktach poprzednich. Będzie kilka dni roboty.

10. Nauczyć się grać utworów przed premierą. Poważnie! W studiu bardzo dużo się zmienia. Niektóre numery przechodzą metamorfozę, której później trzeba sprostać podczas wykonywania na żywo. Przy omawianym materiale oceniam, że opracowanie go zajmie nam jakiś tydzień prób dzień w dzień.

11. Ustalić daty koncertów promujących płytę. Cały czas nie wiadomo, kto ma się tym zająć… i jest już na to mocno późno, więc i tak nastawiamy się na intensywne koncertowanie wiosną. To naprawdę musi być ktoś spoza zespołu, zwłaszcza że w LOGOPHONIC jest nas tylko 2. Nie jesteśmy w stanie podzielić między siebie handlowych obowiązków i wywiązać się z całej reszty.

12. Na pewno jeszcze o czymś zapomniałem. Przypomni mi się w trakcie ogarniania któregoś z punktów powyżej.

Wszystko to do końca listopada. No i do tego trzeba pamiętać, że przydało by się grać na instrumencie przynajmniej te 2h dziennie.

Z tego miejsca chciałbym pozdrowić wszystkich, którzy twierdzą, że muzyk to nie jest poważna praca, że oni przecież nic nie robią, a w związku z tym nie trzeba im płacić za koncerty, a muzę można ściągać z sieci za frajer. Przecież oni to lubią. Dla dobra wszystkich zwolenników opisanej wyżej postawy zgłaszam postulat, żeby do Prawa Pracy (które zresztą nie obejmuje prawie wcale naszej grupy zawodowej) włączyć przepis, że jeżeli ktoś lubi swoją pracę, to nie może za nią dostawać wynagrodzenia 🙂

Dobranoc.

Reaktywacja YOINK

Posted: Październik 21, 2013 in Projekt: muzyka

Szykuje się nowy zespół. W zeszłym tygodniu zagrałem 5 prób z Krzyśkiem i Patrykiem Stachurami. W zamyśle zespół ma być standardowym rockowym kwartetem: gitara (albo dwie + może jakiś klawisz), wokal, bas i bębny. W zeszłym tygodniu graliśmy tylko w trzech, improwizując i układając pomysły na numery. Wyszło to dobrze. Podejrzewam, że w wyniku naszej pracy w zeszłym tygodniu powstanie około 6-7 numerów.

Będzie to pierwszy projekt na odległość, w którym będę brać udział. Patryk na co dzień stacjonuje w Warszawie, i też tam będzie opracowywać sekcję rytmiczną wraz z tajemniczym perkusistą, którego tożsamość dopiero poznamy.

Z radością spieszę wyjaśnić, skąd pomysł na taki projekt. Pierwszy raz usłyszałem o nim pierwszy raz w listopadzie zeszłego roku, przy okazji wykonywania „Tribute to Primus” w sopockim klubie Sfinks 700. Brzmiało to mniej więcej tak:

I właśnie po tym koncercie po raz pierwszy padło hasło: to może reaktywujemy YOINKa?

Kto nie zna, niech POSŁUCHA KONIECZNIE! Po kliknięciu tutaj otworzy się świeżutko stworzona playlista na soundcloud, gdzie można usłyszeć całą płytę YOINK z roku bodaj 1997, w całości nagraną na setkę.  Średnia wieku w zespole w momencie nagrania wynosiła około 17,5 roku. Ja miałem chyba 16, czego nie da się ukryć słuchając szczerze emocjonalnych, zbuntowanie szczeniackich tekstów z masą błędów językowych i stylistycznych. Najstarszy był perkusista, który na pewno miał skończone 19 lat. Jeszcze raz przypominam:  średnia wieku 17,5.

https://soundcloud.com/szq-mac/sets/yoink

YOINK miał największy wpływ na moje muzyczne życie. Miałem jakieś piętnaście lat, grałem próbę przed występem młodzieżowego zespołu w gdyńskiej YMCA, podczas której trochę śpiewałem, między innymi Blendersów i inne rockowe wynalazki. Po tej próbie podszedł do mnie starszy koleś. To był Kolczyk, perkusista YOINKa, z 18 lat miał chyba, czyli z mojej ówczesnej perspektywy był bardzo poważnym, dorosłym człowiekiem. Spytał mnie, czy nie chciałbym z nimi pośpiewać w zespole. Pamiętam, że czułem się wtedy bogiem gitary, ponieważ znałem „prawie wszystkie” akordy, również barowe, więc z początku odparłem, że chętniej bym pograł na gitarze, ale pośpiewać też coś mogę. Nie pamiętam już, czy wziąłem gitarę na pierwszą próbę, na pewno nic na niej nie zagrałem, bo szczęka opadła mi do podłogi. Kiedy usłyszałem, jak gra rok starszy ode mnie Krzysztof i około 2 lata starszy Patryk, stwierdziłem że nie wiem  o graniu na gitarze zupełnie nic i muszę się jeszcze bardzo dużo nauczyć. Moje żywiołowe quasi-hip-hopowe wyczyny wokalne przypadły im do gustu, i tak po raz pierwszy zostałem wokalistą  rockowego zespołu. Nic w życiu mnie tak nie zmotywowało do pracy nad warsztatem jak poziom gry braci Stachurów.

YOINK na pewno zmieni nazwę, ale 3/4 składu pozostanie bez zmian. Zmieni się tylko perkusista, bo Kolczyk muzyką się już od jakiegoś czasu nie zajmuje. Póki co pracujemy każdy w domu nad swoimi partiami, tekstami i aranżami. Kolejne spotkanie prawdopodobnie przed świętami 2013.

Z innych planów: dzisiaj wczesnym popołudniem ustalamy kolejność utworów na nową płytę LOGOHPONIC. Mamy już wszystkie prevki miksów, spisujemy uwagi i prawdopodobnie w czwartek ruszamy do Warszawy wprowadzać poprawki w życie. Nie mogę się doczekać 🙂

Milion rzeczy

Posted: Październik 19, 2013 in Projekt: muzyka

Teraz się dzieje. Od poniedziałku do wczoraj zagrałem 6 prób z dwoma zespołami. Wczoraj nagrałem też wokal do piosenki będącej częścią słuchowiska dla dzieci. W międzyczasie okazało się, że w nowym studio licznik jest owszem założony, ale prąd nie działa tak jak się po nim tego spodziewałem. Instalacja elektryczna w pomieszczeniu jest zagadką, do której trzeba elektryka – detektywa. Czyli prawdopodobnie skończy się na kładzeniu nowej… Ale przecież nikt nie obiecywał, że będzie tanio. W międzyczasie musiałem napisać tłumaczenie, bo koncertów jak na lekarstwo. Do tego z Warszawy spływają miksy, druga płyta LOGOPHONIC zaczyna nabierać kształtu. A na dokładkę właśnie się okazało, że ponownie szukamy „handlowca”, czyli człowieka który zajął by się bookowaniem terminów koncertów.

Zakończył się też nasz projekt crowdfundingowy na polakpotrafi.pl, udało się nam uzbierać blisko 1000 pln więcej, niż zakładał plan minimum. Czyli sukcesik 🙂 Czekam, aż spłyną środki – zresztą nie tylko z tego projektu, jeszcze kilka innych przelewów ma się pojawić.

Dzisiaj sobota. Wyjeżdżam odpocząć na Kaszuby. Wracam w niedzielę, na próbę. Wczoraj zespół 1926 ruszył w trasę 10 koncertów. Zazdroszczę im bardzo, a jednocześnie żałuję, że nie mogłem zostać na ich pierwszym koncercie z cyklu, który odbył się wczoraj w Desdemonie. Przyczyny osobisto-rodzinne ogólnie w tym tygodniu dały mi dość mocno w kość, na szczęście sytuacja już jest opanowana.

Ogólnie jestem zmęczony ale zadowolony. Mam trochę wyrzutów sumienia, że nie miałem czasu pisać na blogu, ale poza tym czuję, że pracuję nad rzeczami słusznymi, obiecującymi i zmierzającymi w dobrym kierunku. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, do końca listopada wydamy drugą płytę z LOGOPHONIC, na wiosnę wydamy płytę z nowym projektem, o którym mam zamiar szerzej napisać w najbliższej przyszłości, a jeszcze jeden projekt ma szansę nagrać materiał na EPkę do końca tego miesiąca. Przed końcem roku powinienem mieć do dyspozycji wymarzoną przestrzeń do pracy. Jeżeli to wszystko się uda –  będę szczęśliwy.

Ponieważ działo się tyle, że nie mam pojęcia, jakie zdjęcie wrzucić jako ilustrację do opisu ostatnich wydarzeń – zamieszczam zupełnie bez związku portret postaci, która ma coraz większe zasługi dla konsolidacji życia kulturalnego w mieście Gdyni.

portret postaci

Fwd:

Posted: Październik 8, 2013 in Projekt: muzyka

Dalej mam katar jak diabli. Nic dzisiaj nie kleję. Załatwiłem licznik prądu do studia – ważne. Za tydzień będzie można działać 🙂

Dobry koncert w Desdemonie mnie dzisiaj omija właśnie przez tą zarazę (link FB). Juicifera już słyszałem, na prawdę miażdżący dźwięk. Towarzysko są to bardzo mili i kulturalni weterani podziemia. Nic to, odbijemy sobie kiedy indziej.

Koncert przepada, bo katar miażdży nadal.

Ponieważ sam nic nie napiszę sensownego dzisiaj, to polecam taki art na temat życia z grania:

http://polyphonia.pl/2013/10/z-wielkiej-chmury-maly-cash-czyli-o-serwisach-streamingowych-i-obecnych-trendach-rozwoju-rynku-muzycznego/

Znalazłem na FB, szczerze przepraszam, że nie powiem od kogo pożyczyłem, ale najzwyczajniej w świecie nie pamiętam…

Cold’N’Bass

Posted: Październik 7, 2013 in Projekt: muzyka

Walka z przeziębieniem jest nudna i czasochłonna. Niestety, w moim przypadku każde ustępstwo na rzecz normalnego życia kosztuje karne przedłużenie czasu trwania kataru. Wczoraj w słusznej sprawie przerwałem kurację na kilka godzin. Dzisiaj za to muszę odpuścić wszelkie zajęcia, bo w sobotę mam zagrać i zaśpiewać koncert – wolę nie ryzykować, że mi nie przejdzie do tego czasu.

Nie będzie więc wizyty w biurze obsługi Energi. Nie będzie też niestety pomiaru rezonansów, tutaj też winny jest katar chociaż w trochę inny sposób. Otóż na pomiary umówiłem się z Łukaszem (pozdrowienia!) na 18tą, bo potem będzie ciemno i może nam być trudno coś zrobić w studio bez oświetlenia. Zupełnie nie przyszło mi do głowy, że piec basowy, który ma z siebie wydobywać dźwięki potrzebne do testów akustycznych, jest urządzeniem elektrycznym. W związku z czym może być trochę za cicho bez prądu… Zgiń zarazo!

Wspomniana wcześniej słuszna sprawa, która wczoraj spowodowała przerwę w kuracji, to nic innego jak próba nowego składu. Wypadła obiecująco. Grało się dobrze – nie było to wcale oczywiste, bo graliśmy w trio, a jest to trudna forma organizacji. Zrobienie w 3 osoby czegoś, co brzmi dobrze i jest przekonujące, wymaga dobrego czucia dźwięków od wszystkich zaangażowanych. Na szczęście się udało.

Najfajniejszy wniosek z wczoraj jest taki, że granie na basie to zajebista sprawa. Drogą kupna nabyłem około miesiąc temu czeski bas z 1985 roku. A wczoraj po raz pierwszy od niepamiętnych czasów wystąpiłem na próbie w roli basisty. Wyżyłem się  jak dawno, wyładowałem emocjonalnie, czułem się potem świetnie. Co ważne, podobało się nie tylko mi, ale też reszcie składu. A moja basówka prezentuje się mniej więcej tak:

Ze strony producenta – Jolana Diamant Bass 1985

Kupiłem ją w komisie Blues Garage (link) . Poszedłem tam w zasadzie tylko się rozejrzeć. Poprosiłem o podłączenie jakiejś taniej gitary basowej. Oprócz Diamanta sprawdzałem jeszcze jakieś dwie kopie fenderów. Były fatalne. Natomiast Diamant nie dość, że mi się spodobał wizualnie, to jeszcze miło zaskoczył mnie brzmieniem z głębokim dołem, ładnym środkiem i górką rodem z Rickenbackera. Jeżeli macie ochotę poczytać dokładniejszy opis, to zapraszam na stronę producenta (link). Polecam! czytanie opisu gitary basowej po czesku jest naprawdę ciekawym zajęciem.

Wpis codzienny

Posted: Październik 5, 2013 in Projekt: muzyka

W czwartek byłem na koncercie szwedzkiej kapeli „Brimstone Days” w Desdemonie. Koncert dobry, towarzysko bardzo dobrze również. Dwa wnioski wyniosłem z tej imprezy, jeden krótki i ogólnożyciowy, a drugi dotyczący bloga własnie.

Pierwszy, ogólny wniosek brzmi: nie lecz przeziębienia malinówką, na pewno nie w dużych ilościach. Rezultat może być strasznie, strasznie zły, bolesny i trudny.

Wniosek drugi przyjął postać postanowienia, które powziąłem po rozmowie z  Rafałem, wokalistą The Shipyard, którego serdecznie pozdrawiam. Zgodnie z jego sugestią postanowiłem, że od dzisiaj będę pisał krótkie posty, opisujące przebieg wydarzeń dzień po dniu. Nie będzie teoretycznych rozważań, będzie więcej faktów i notatek dotyczących tego, co robię, planuję itd.

Zaczynamy od dzisiaj. Wrzucam więc zdjęcie tego, czym się ekscytuję od kilku dni.

2013-09-24 12.00.46

Póki co wygląda jak cela, ale już za kilka tygodni zmieni się nie do poznania. Oto miejsce, w którym mam zamiar stworzyć przestrzeń do pracy, o jakiej zawsze marzyłem. Połączenie studia i sali prób, z internetem, wygodnym obrotowym fotelem i innymi udogodnieniami. Środki są wprawdzie ograniczone, ale za to zapał do pracy ogromny. Trzymajcie kciuki! Ruszam z robotą od poniedziałku – na początek czeka mnie załatwianie licznika energii, czyli stanie w kolejce biura obsługi klienta dostawcy prądu przez około 2 godziny. Jeżeli to mnie nie pokona, to nic innego mi już nie przeszkodzi:) Później będę pomieszczenie dokładnie mierzył, szukał rozwiązania na jego ogrzanie (bo CO niestety brak), a wieczorem zajmiemy się poszukiwaniem rezonujących częstotliwości dźwięku, żeby stworzyć jak najlepsze warunki akustyczne.

Co poza tym? 10.12. Gramy z LOGOPHONIC fajną imprezę w Gdyni Kolibkach (link do FB) i pomału zapełniamy sobie kalendarz koncertami na jesień. Trochę za bardzo pomału, ale jestem dobrej myśli. W międzyczasie z Warszawy spływają wstępne miksy nowej płyty, brzmią obiecująco.

Tyle na dziś, idę leczyć przeziębienie – tym razem aspiryną.