Archiwum dla Czerwiec, 2013

Myślałem, że można nazwać bloga na przykład Million Dollar Tune. Tylko że wtedy wyszło by na to, że całe życie chcę napisać piosenkę za milion dolarów. Oczywiście, chciałbym. Każdy muzyk by chciał. Ale to nie jest żadne cel.

Muzyka to jest Pani, która nie lubi fałszu ani kompromisów. Nie da się chyba zrobić piosenki, która w połowie będzie osobista, a w połowie będzie przebojem uszytym na miarę milionów słuchaczy, którzy akurat chcą słuchać na przykład „Gangnam Style”. Takie połączenie będzie zawsze sztuczne, nieskuteczne. Jeżeli już robić z siebie narzędzie do produkowania hitów, to trzeba się pozbyć wszelkich wątpliwości: twoje zdanie na temat tego, co jest dobre a co nie – nie ma żadnego znaczenia. Musisz cały stać się instrumentem. Osobiście – nie umiem.

Może z tym instrumentalnym podejściem do siebie to przesada. Bo trzeba przecież wiedzieć co się robi, żeby muzyka była dobra. Wydawało mi się zawsze, że do stworzenia takiego „osobistego hitu” trzeba się opakować w jakieś ładne pudełko i wystawić na sprzedaż, wyprodukować „gwiazdę”, która ma moc nadawania muzyce wartości przez własną zajebistość. Co w tym złego? Niby nic. Ale jest w tym coś nieuczciwego, spłaszczającego. Bo przecież muzyka powstaje z wewnętrznej potrzeby,  tak jak chce się krzyczeć albo płakać, tak samo chce się śpiewać. To ona sama ma powodować dreszcze, bo ma taką moc, nie potrzebuje dodatkowej pomocy. Takiej jej chcę szukać!

Life Long Tune pasuje lepiej. Chcę, czy nie chcę – ta Pani towarzyszy mi od zawsze i chyba nigdy nie przestanie. Słuchałem jej i grałem ją chyba w każdej jej formie, odmianie, w każdej możliwej scenerii i powodowany każdą motywacją. Od chóru z orkiestrą na studiach, przez chałtury za kasę, epizody medialne, house-POP w kurorcie, na HC w hardkorowych lokalizacjach kończąc. Na pewno o nich wszystkich jeszcze będę pisać. Muzyka była już mi przyczyną chyba wszystkich możliwych stanów emocjonalnych: euforii, depresji, spełnienia w ekshibicjonistycznym amoku, ukojenia w delikatnym brzdąkaniu w kuchni po kłótni ze śpiącą już dziewczyną.

Muzyka zafundowała mi już tyle życiowych zakrętów, finansowych kłopotów, wątpliwości i załamań, że wystarczyłoby na kilka dużo starszych ode mnie osób. I co na to ja? Ano to:

Queens Of The Stone Age „Do It Again”

Wyszło mi z tego pierwszego posta coś na kształt manifestu, ale od czegoś trzeba zacząć:) W przyszłości spodziewajcie się, że będzie więcej konkretów, opowieści i ciekawostek rozmaitej maści.